Pod tym szyldem znajdziecie Państwo
wybrane felietony w krakowskim " Dzienniku Polskim ''
na tzw. Stronie Drugiej, lub w Kulturze , publikowane co tydzień w piątki, lub w soboty.
|
Niektórzy ( zaliczam się do nich) bardziej niecierpliwi ( popędliwi, niepogodzeni itd. itp listę można by wydłużać ) wypuszczają się w plener fantazyjnie wcześnie. Aby już wypatrywać oznak upragnionego krachu . - Symptomów załamania się zimy… Niektórzy tego rodzaju zwiadowcy ( zaliczam się do nich ) i w połowie lutego- gdy pejzaż, wydaje się , że ani jeszcze drgnie - i w tym uśpieniu , potrafią już wywęszyć zwiastuny przemian. - Pociechę. (Rodzaj światła, cienia, gatunek powietrza ) Niektóry spośród takich zwiadowców ( zaliczam się do nich ) zwąchawszy się z Pierwszą Zwiadowczynią pośród Zielonego, czyli z leszczyną ( która od połowy lutego potrafi już pylić ) przynoszą z tych swoich wypraw , raporty- zapiski… Niektórzy wiersze . Też się zaliczam się do nich. Niektóre z tych wierszy niosą tak oczekiwaną pociechę , pożądane wzmocnienie . - Nadzieję do wytrwania… Jedni chowają te swoje zapiski raporty, w głąb szuflady. Niektórzy roznoszą je. Pylą podobnie jak leszczyna ? Rozpowszechniają je pośród Innych ,też podobnie wypatrujących…- W stronę wiosny spoglądających z nadzieją ?
Lecz śpiewa zamarznięta grudka…
Świat czarnobiały ,wokół jest luty… Las nieruchomy mroczny jeszcze głuchy - Leszczna jedna tylko przez sen śpiewa ?
Przez zamarznięte bruzdy pola pies mknie Jak strzała białoskrzydła Gawrony płoszy - Dawno już nie stać nas na kruki …
Na skraju głóg… Ślad róży - owoc karminowy Na wietrze kwili - Co nam zostało z tych lat ? Czujesz ? - Radosny przebłysk chwili To z głębi ziemi, spoza chmur przychodzi - niejasne to przeczucie ? I śpiewa zamarznięta grudka - Że późno, że daleko O skurcz, o gniew O łomot jeszcze jeden w piersiach więcej - Pomimo i naprzekór Lecz śpiewa Ta zamarznięta w tobie grudka Śpiewa w strefie serca Że jasność wróci ? - Zew, od gałęzi do gałęzi pójdzie ! |
|
Po jakże podniosłej mszy żałobnej w Kościele Mariackim , wspaniale prezentującym się w ową godzinę- w słonecznym rozświetleniu lutowego południa - mimo dokuczliwego mrozu, i później na cmentarzu Salwatorskim, i tam zgromadziły się rzesze aby pożegnać i odprowadzić Andrzeja Szczeklika. - Gdzie?.. Pomyślałem . Andrzej pewnie by się zgodził : „a to dobre pytanie”. Całe jego życie , również jego pisanie, koncentrowało się wokół tego i tak postawionego pytania ? Tak o tym myślę. I zwłaszcza może teraz …
To nie przypadek, że pomijam tu wszelką należną Odprowadzanemu tytulaturę. Ale postanowiłem skreślić kilka zdań poświęconych profesorowi Andrzejowi Szczeklikowi , tak jak go znałem, jak zazwyczaj zwracałem się do niego. Jak zwykle - czyli po imieniu. Jasne , nigdy nie zapominałem o jego zasługach , pozycji, dorobku itd., itd. O nadzwyczajności człowieka i niemal instytucji . Ale akurat nam - i chyba wzajemnie - wystarczała ta prosta relacja. Dla mnie akurat - z lekarzem i z artystą . To była wystarczająca nam płaszczyzna . Medycynę , z Andrzejem załatwiałem szybko. Nie więcej niż to konieczne. Ten problem zostawiałem Jemu. Wiedziałem, że to najlepsze dla mnie rozwiązanie. I tak było. Sam, w różnej by tak rzec, postaci, zjawiałem się w Klinice na Skawińskiej. Zasiadałem i przy owym słynnym białym fortepianie (bywało , dołączałem do towarzystwa z Piwnicy pod Baranami ) Podczas dwuletniego niespełna pobytu Piotra Skrzyneckiego( w Hotelu Snów , jak Piotr nazywał ten szpital ) byłem tam gościem systematycznym. Poznałem rzeczywistość tego domu ( a lepiej – tego szpitalnego świata ) wystarczająco dobrze i z bliska. Był tam Andrzej( czyli prof. Szczeklik) najtroskliwszym lekarzem i zarazem szefem tegoż Hotelu. Przewędrowała zresztą przez ten adres nie byle jaka kolekcja pacjentów- osobistości. Aby stamtąd w zaświaty umykać… Co do nas , co do naszych spraw - po niezbędnym zaopatrzeniu moich leczniczych potrzeb , najchętniej zeskakiwaliśmy na ten drugi teren. I tu zjawiał się ten drugi Szczeklik. - Artysta, twórca. A o tym decyduje wszak nie chcenie, nie ambicje , ale jakość wrażliwości ? Rodzaj spostrzegawczości, temperamentu, bardziej dokuczliwe odczucie komplikacji istnienia ? Potrzeba szukania ponad argumentami ” szkiełka i oka”. Niepokój i siła ducha ? Andrzej przynależał do gatunku tak właśnie określanych - romantycznych duchów. One mocniej odczuwają stan olśnienia . Bogactwo naszego tu na ziemi obdarowania… I potrzebę wdzięczność za ten dar. Andrzej był uczonym posługującym się naukowymi narzędziami poznania i jednocześnie instrumentami sztuki . Więc i pisarstwa . W sumie , te połączone naukowe (medyczne) instrumenta i narzędzia artysty , pozwalały mu głębiej i dociekliwiej badać, tropić . - Sens człowieczej przygody. Sens ludzkiego być… i nie być ? Nie ośmielam się pisać o Andrzeju jak o przyjacielu. Na taką deklaracje pewnie bym się zdobył , pod warunkiem, ze zdarzyłaby się w jego obecności ? Los nie dał nam dosyć wspólnego czasu. I za mało wspólnej soli. Mieliśmy poczucie , że wieloletnie nasze kontakty były niewystarczające i pospieszne . Ale jestem przekonany, że były z gatunku przyjacielskich. Wobec moich jakichkolwiek zgłoszeń był niezawodny, najżyczliwszy, Zaskoczył mnie kiedyś , a wyznam i wzruszył , jego zupełnie niespodziewany telefon. Było to w czasie kiedy doświadczałem złych chwil . Przeczytawszy akurat wywiad ze mną w Rzeczpospolitej , zadzwonił ze wsparciem i uznaniem. Oświadczając nawet , że i swoim dzieciom zadaje ów tekst jako obowiązkowy do przeczytania . Czuliśmy , że mamy sporo opinii do podzielenia , do wymiany. Jako pacjent w jego Klinice , widziałem jak równie serdeczny i troskliwy był wobec każdego tam pacjenta. Co oznaczało - wobec każdego potrzebującego pomocy człowieka . Tego samego oczekiwał i od swoich ludzi. I takich umiał tam zgromadzić. O urokach Andrzeja można by niemało . O jego naturalnej szlachetności , prostocie bycia , o życzliwości, pogodzie. W oczach świata , robił wrażenie człowieka spełnionego. Z pewnością tyle Dobra mógł jeszcze przysporzyć . Przecież nie dla siebie. Organicznie taktowny, nie potrzebował blasku, ani zaszczytów. Taka postawa zakorzeniona i umocniona była w duchowym wymiarze jego osobowości. W respektowanym prymacie wartości wierzącego i praktykującego katolika. To nie jest, jak wiemy, postawa „ nowoczesna” , dziś szczególnie promowana. O Boże, krzyknąłem , dowiedziawszy się o śmierci Andrzeja . Niemożliwe ! Dziś, przy dzisiejszych możliwościach medycyny ? Umierać dla tak anachronicznych powodów ? Zobaczyłem uśmiechniętą twarz Andrzeja i usłyszałem tłumaczenie. Mój drogi, w tych sprawach nie ma przedawnień , ani powodów anachronicznych. Dość, żeby powód był wystarczający. Wciąż tego nie wiemy kiedy i w jakim celu zjawiamy się… I kiedy jesteśmy odwoływani ? I każdy powód wciąż może być wystarczający. Masz racje Andrzeju, odparłem . W tych sprawach powody się nie przedawniają. -Twój sławny kiedyś pacjent , Czesław Miłosz, w ostatnim swoim tomiku ( „TO” ) w „Jasnościach promienistych” pisał ( może i nawet pisał to w Twojej klinice ? ) : Za niedosiężną zasłoną sens ziemskich spraw umieszczono/ Gonimy dopóki żywi / Szczęśliwi i nieszczęśliwi / To wiemy, że bieg się skończy / I rozłączone się złączy (…) / - Pewnie wiedzący już , rozmawiacie tam dalej .- Jak to tam jest… Za tą zasłoną ? I o tym , jak to się nam tu wydawało ? -Tu , jeszcze z tej strony, wdzięczność nasza za Tobą niech leci wielka…
O tej uliczce pisałem już w różnych okolicznościach i w różnych porach roku . - Poselska … Na tym odcinku zwłaszcza od Plant do Grodzkiej… A dla mnie wciąż jakby poza strefą realności sytuowana ? I coraz więcej argumentów potwierdza tę fantazyjną diagnozę moją. Dziwnie cicha, opustoszała ( jak na Centrum ? ) Właściwie skąd odbija , dokąd wiedzie ? Obrzeżona klasztornym Franciszkańskim murem z jednej strony, z drugiej , milczącym martwym gmaszyskiem Muzeum. Dalej domy stoją jakby tyłem odwrócone ? I tak od Plant się wznosząc dobiega aż do Grodzkiej , gdzie dołącza dopiero do jakiegoś normalnego „bieżacego nurtu” życia…Ale ja właśnie dla tej jej osobności i niejakiej tajemniczości, wyróżniam ją. Pięknym za nadobne i ona mi odpłaca. Mówię poważnie. Mógłbym parę stroniczek spisać z niecodziennymi historyjkami jakie tam się mi przydarzyły. Jakie zaobserwowałem, lub które były i moim udziałem. Bywały to epizody doprawdy zastanawiające , sercu, bez wyjątku ( dotąd ) miłe. Otóż i poniosło mnie tamtędy przed paroma dniami. Na chodniku ( na trotuarze ) mimo spiesznych moich kroków, zatrzymuje mnie dobrze eksponujący się napis ! Pomarańczowe wyraziste litery. - CO JEST ZA TYM MUREM ? Przypominam sobie przed laty słynny monodram Jacka Stwory, tak zatytułowany. Opowiadający bodaj o więziennym życiu za murami Montelupich. Ale tu za tym klasztornym murem ? Cóż to za odniesienie ? Innym językiem – co jest grane ? Aliści w niedługi czas , tak samo zdążając, ścieżka mego losu prowadzi mnie tamtędy. - Pod owym klasztornym murem wiedzie mnie obok niezatartego wciąż ( zimowym zamazaniem i przymrożeniem ) eksponującego się napisu. Spostrzegam jakieś inne pismo ? Zaintrygowany pochylam się. I ot zdumienie ! Ktoś ? Ale kto ? I kiedy ? Ktoś tu wypisał odpowiedz ! Ktoś, i to jak , jaką proponuje grę ! Mlasnąłem aż z ukontentowania. Prawdę mówiąc była to już raczej strefa zachwytu ! Czytam, rozpoznaję fragment jednego z najsłynniejszych wierszy Leśmiana . Z Dziewczyny…To jeden ze sztandarowych utworów tego rejenta poety geniusza. Perła poezji polskiej ( Ba , żeby tam tylko polskiej! Żeby oni tam w innych językach mogli poznać, do z n a ć - czymże Leśmianowa mowa ) Otóż Tym, którzy zapomnieli, przypomnę. - Dwunastu braci bije w mur , pragnąc rozwalić go, przedostać się do wewnątrz. Bo stamtąd woła , zwodzi i uwodzi ich Głos za murem zamknięty ? Czy to prawdziwie woła ich stamtąd Dziewczyna ? Czy zwodzi ich własny głos ? Świat , przez nich samych urojony ? Rzeczywistość tylko w nich przy- słyszana ? Wybaczcie Państwo to uproszczenie. Zafundujcie sobie lepiej przyjemność- tekst odszukajcie , sami na nowo przeczytajcie. Lecz oto co widzę ? Spod śniegu , spod zacieków zimowych - wyłania się mi na chodniku wypisany ( ale zupełnie innym pismem , inna ręką ? ) właśnie ten fragment leśmianowski. - Odpowiedź udzielona tu na pytanie : Co jest za murem ?... Lecz poza murem – nic i nic ! Ni żywej duszy ni Dziewczyny. Niczyich oczu ani ust. I niczyjego w kwiatach losu. Bo to był głos i tylko – głos. I nic nie było oprócz głosu… Nic – tylko płacz i żal i mrok. I niewiadomość i zatrata. Takiż to świat ! Niedobry świat ! Czemuż innego nie ma świata ? Jak się to powiada „ zawyłem ze szczęścia” . Czyjaż to ręka na chodniku wypisała tę „odpowiedź” ? Kto się tak w Mieście bawi ? - Podpowiada , prowokuje, upowszechnia ? O Poselska! Uliczko „pachnąca kwiatem jabłoni” i w taką porę ! - I w taką zimę, taka tu idzie i rozgrywa się gra ? I Duch, widzę, na tym terytorium, w narodzie jeszcze nie sczezł i nie zamarł? A jak się Państwo chcecie na własne oczy przekonać , no to się przejdziecie i odszukajcie.- Może go tam na owej uliczce napotkacie ? Albo i w sobie odnajdziecie ? Wracając do domowej izdebki, dziś kiedy felietonik ten składam, a jest to czwartek 12stycznia 2012, zaliczyłem po drodze kilka „ wejść”. Tak trasa wiodła. Trwało to niewiele. Od dawna żyję , a więc i poruszam się w przestrzeni i w proporcjach skromnych. We wszelkim wymiarze . Wracając więc , i wiedząc jakie czeka mnie ślęczenie przy ambitnie zamierzonych na wieczór mozołach moich pisarskich, postanowiłem zafundować sobie parę drobnych przyjemności. Z tego to realnego świata dziś zaczerpniętych. No i się uraczyłem ! „Grzegorzu , sam chciałeś”, z pewnością powtórzył by w tym miejscu niezawodne swoje porzekadło, nieśmiertelny diagnosta - życia i charakterów ludzkich, pan Molier. Tedy jako pierwsza, wizyta w przydrożnej księgarni mi wypadła. Lubię , nawet nie „będąc na kupnie” ( rodem z Kongresówki przyswoiłem sobie to porzekadło krakowskie ) lubię włożyć głowę. Zobaczyć co w nowościach ? Popatrzeć, powąchać , od farby, papieru poczynając, po aktualne ceny, oceny . – Kto schodzi, co zalega ? Miło zagadać z personelem. Ale i widzę nowość! Pośród książkowej masy towarowej , spostrzegam oto - na równych prawach egzystujące na ladzie księgarskiej, dziwne ( w postaci rybek ?) blaszane zdobne pudełeczka . Cóż one tu w tym sąsiedztwie ? Pytam. A to wydawnictwo X. poleca swoją nową książkę ! Zadziwiony, biorę do reki tę książkę. Dzisiejszemu czytelnikowi, uściśla księgarz, to się podoba. Zadziwiony jeszcze więcej oglądam dokładniej tę „ pozycję książkową”. Odnajduję na górnym wieczku , tytuł dziełka : „Łakocie dla umysłu ! To tak jakby na okładce. A w środku ? Po otworzeniu „pudełeczka –książki” odkrywam kartoniki w formie ciasteczek, cukierków , na których pomieszczono rozmaite sentencje. Na przykład : Nigdy nie zapominaj szczęśliwych swoich dni ! Od razu wryło mi się to do głowy. Czytam dalej, tym razem na „ tylnej okładce tego tomiku” i dowiaduję się - sentencje te bardzo poleca się do herbatki, do filiżanki kawy ! W pojedynkę, lub w towarzystwie . Przyjemny to relaks itd. itp. Oto nowoczesne sposoby łączenia przyjemności - lektury i gorącego napoju ! Wydawszy westchnienie – „o świecie !”… Tę propozycję wydawniczą jednak na ladzie „ bez kupna” zostawiłem. I pomknąłem ku dalszym przeznaczeniom. Na trasie poczta ! Utknąłem w kolejce po odbiór awiza, czyli kolejnego wezwania do uiszczenia mandatów z gminy Kobylnica . ( Nieopodal już Bałtyku, w powiecie Słupsk ). Ach souveniry , souveniry jeszcze więc z lata ? Wezwanie kolejny raz wzywa mnie do uiszczenia . Te mandaty oddziela 3minutowa różnica w rejestracji radarów ! Przy czym są to dwa opiewające oddzielnie mandaty i dwa razy proponujące wiadome punkty. I fakt trudny do uwzględnienia, od dawna owe moje należności są uregulowane ! O czym Gmina wszak dawno była powiadamiana . Co za charakterność na tym Pomorzu ! Fakt, gorliwość wspomnianej Kobylnicy, to już i w telewizji poruszali. Ostrzegam ! Wystawszy się więc kolejny raz po kolejny odbiór tego samego, miałem okazję prześledzić w pocztowej witrynie , propozycje wydawnicze składane ludności. Tym razem prezentowano mniej znane mi tytuły . ( Tygodniki ? ) Oto kilka z zapamiętanych . - „ Uczucia i tęsknoty”. Dalej „ Sekrety serca”… A może ktoś woli „Nadzieje i marzenia” ? Do nabycia od razu ! Można i w prenumeracie. - O świecie ! Kolejny raz wyrwało mi sie bodaj , tego samego dnia… Wieczorem otworzywszy komputer, nim zdążyłem zakuć się w kajdany ambicji i zabrać się do pisania , jednak przejrzałem rozmaite składane mi przez świat ” oferty na dziś”. Polecam jedną z ciekawszych : - „ Kościół z basenem na ołtarzu, łazienka w kaplicy, pokój gościnny na chórze ! I dalej bardziej szczegółowo : Wiele świątyń zwłaszcza na Wyspach Brytyjskich i w Danii zostaje przekształcanych na prywatne świątynie - oazy spokoju. Wśród ofert biur nieruchomości pojawia się coraz więcej kaplic i kościołów, które przestały pełnić dotychczasowe funkcje, ustępując miejsca nowym przyjemnym celom. Większość pomieszczeń urządzana jest ze smakiem i z polotem. Wysokie zdobione okna w ciekawy sposób zestawia się z dziełami sztuki współczesnej . Także z prostymi i nowoczesnymi meblami. Ale wypoczynek w ogrodzie usianym grobami ,nabytymi wraz z nieruchomością , bywa że przewyższa przyjemności sypialni w prezbiterium , proponowane przez architektów itd. itp. (… ) O świecie ! Pomyślawszy tylko ,a więc zdobywszy się na niemą już tylko refleksję , na końcu pełnym głosem jednak wyrzekłem … I nie do owego świata, a do siebie tylko .. : Bo i cóż rzec więcej ?.. - Jednostko Wolna , Niezależna, cóż…Wybór należy do Ciebie ! Właściwie to mógłby być ( może i powinien ) list do reżysera Antoniego Krauze. Łączą nas z Antonim od dawna przyjacielskie relacje. Mam nadzieję, nie poczyta mi za niewłaściwe tych publicznych wyznań. Bo też i łączą nas podobne spojrzenia na dzisiejsza świata ofertę. Podobne nasze tej oferty wyceny. Nie bardzo mogłem pojąć, na czym polegać mógł, entuzjazm Antoniego , kiedy relacjonował swoje entuzjazmy dla miasta Gdyni. A było to podczas kręcenia tamże ( w Gdyni ) zdjęć do ( nagradzanego, słynnego już dziś ) filmu Antoniego „ Czarny czwartek”. Tym , którzy nie wiedzą ,przypominam – o wypadkach ( eufemistycznie ) a realistycznie- o masakrze w Gdyni w grudniu 1970 roku. Antoni nie mógł się „ nazachwycać ” jak w tej Gdyni – normalnie, porządnie, miło i życzliwie. Właściwi ludzie ,wszystko na swoim miejscu. I wszystko się da. Słuchałem z ulgą ,że tak pospieszono reżyserowi tego obrazu z życzliwą współpracą. Od funduszów, po realną pomoc wszelaką. I jak podkreślał Antoni – od tzw.zwykłych ludzi na ulicy, po władze Miasta. Na wszelkim szczeblu. Właśnie zdarzyło się- pojechałem do Gdyni i ja. Doświadczyłem ,lepiej zrozumiałem. – Prezydent miasta Gdyni, z najlepszym w Polsce wynikiem, od wielu kadencji jest ciągle tym samym wybieranym tam gospodarzem miasta. W Gdyni jest prezydent Szczurek i właściwie mogłoby nie być wyborów. Z kim nie rozmawiałem, taką słyszałem tam opinię Jest człowiekiem spoza klucza partyjnego. A jak gospodarzy, jakich dobiera sobie ludzi , widać, mieszkańców tak to przekonuje. W Gdyni nie byłem dość dawno, teraz ujrzałem naprawdę ładnie przyjaźnie urządzone miasto, piękne dekoracje świąteczne .Akurat taki czas, ale warto by ( tak u nas ) to zobaczyć ! Imponujące inwestycje, komunikacja, tzw. infrastruktura , myślenie do przodu… Fundusze, skąd tam tylko pozyskiwane , widać na to wszystko starczają. Nie chcę wystawiać laurki, nie mam żadnego powodu, ale com sam zobaczył i usłyszał, wreszcie dołożę - i to czego sam doświadczyłem , na laurkę samo mi sie tu składa. I tu jestem chyba przy właściwych Antoniego powodach do gdyńskiego ukontentowania. Otóż właśnie to . - Rodzaj ludzi. Ich odpowiedzialność, przejrzystość postępowań, szacunek dla właściwych spraw.Plus naturalna życzliwość… Od wielu tam ( nie tylko gdynian ) usłyszałem tak : w Spocie, kiepsko, niejasno. Sporo się tam napaprało. W Gdańsku mało zrobiono. W Gdyni, tak ! W Gdyni najlepiej ! A wszystko to dzieje się w mieście, które nie ma przecież i stu lat. Dzisiaj ten „ przedwojenny wynalazek Eugeniusza Kwiatkowskiego” jest dynamicznym przyjaznym i ładnym miejscem do życia. Kropka. Po co tam byłem ? – Trudno mi w to uwierzyć, Podobno merytorycznych troje pracowników ! Muszę też powstrzymywać pean mój i uznanie dla działań, solidności i wogóle , dla klasy owej Instytucji. Czyli dla zapraszającego mnie Centrum Kultury w Gdyni. Powierzono mi koncert, który miał zakończyć tamtejsze obchody z okazji 30 lecia stanu wojennego. Po całodziennym programie jaki rozegrał się wcześniej , zaproszono publiczność na wieczór do historycznego ( w stanie wojennym niezwykle aktywnego ) podziemia Kościoła Franciszkanów . Ode mnie zależała zawartość i charakter wieczornego finału. Oto zadanie. -Utrafić we właściwy ton. Połączyć dawne , z tym co dziś oferuje czas. Wybrałem wiersze i piosenki i te „ historyczne”, z tamtych lat, i te z dziś. Zespół muzyczny z dynamiką i barwami wspierał pięknie. Musiała być tknięta ( bo powinna ) i tamta bolesna pamięć i chciałem jednak jakoś wyprowadzić myśli z tamtych spraw… i ocieplić nastrój. Zakończyć ogólniejszą, przełamującą wszelakie zimno ( i murów i relacji ludzkich ) perspektywą. Myślę, ze wielce sprawdził się w tej funkcji dawny mój utwór. Właśnie ta słowno muzyczna interpretacja moja , najbardziej popularnego przesłania księdza Twardowskiego. Spieszmy się spieszmy kochać ludzi..- Jak poucza na poeta ksiądz Twardowski Jan… Wnętrze ogromne, kamienno szare, zimne, prawdę mówiąc, nieprzyjazne, napełniło się muzyką słowem. Rozjarzyło się światłem. I oklaskami Publiczności… Powstałej przy końcowych pożegnalnych utworach , w ten sposób podkreślającej swoją więź. Myślę i dziś : ten wieczór, to było coś więcej niż tylko tzw. koncert . To jakieś wspólne porozumienie. Patetycznie powiem nawet – uniesienie? Z powodów nadrzędnych. Ot tak to ujmę… Tak było w Gdyni. I gdyby to był list do Antoniego K. tak pewnie bym zakończył relację. Drogi A. jak dobrze wiemy - życie ma wiele poziomów naszych satysfakcji i udręk. Wróciłem do Krakowa, umordowany jak mało kiedy. Czyli jak należy. Ale i jak mało kiedy „radośnie rozmiękczony”. Dla takich chwil i spraw, warto sie tak umordować. Zresztą sam to nieźle znasz. Ale tak to jest : Dobrze, to już było, ale teraz ? Co dalej ? Dalej, niebawem ? Hm... Przed nami cały obiecująco nienapoczęty kalendarz ! 4 grudnia zmarł Adam Hanuszkiewicz. Parę zdań ciśnie mi się na tę okoliczność… Zmarł w wieku sędziwym, dawniej by się wystarczająco tak rzekło. Ale przy dzisiejszych rozpędach i apetycie- jest jakaś słuszna, wystarczająca miara lat ? W oczach świata był osobistością, bo był rzeczywiście, podziwianą. Był gwiazdą ! Różne możnaby dobierać słowa i niuanse ustawiać różnie w tej klasyfikacji - zasług, podziwu i wyceny. Bez wątpienia był wybrańcem Melpomeny, pasjonatem teatru, słowa, widowiska… I była to największa chyba jego miłość , pasja ... Temu podporządkowane było całe jego życie. W tych rolach - aktora i realizatora teatralnego, a z pewnością i prywatnie , był podziwiany .Czy kochany?.. Ot, w doli artystów- gwiazd , wieczny niuans do rozróżnienia . Uwodzicielski ,drażniący, subtelny , silny, wymyślony, sztuczny, bezpośredni itd. itp. Te walory i uwagi można by mnożyć. Jedyny taki. I tak obdarowany (warunkami Apolla z Bellac ) wiódł przez lata , na oczach publiczności , orszak swój świetny. Jako aktor ( role w Szekspirze, Molierze, w adaptacjach Dostojewskiego, Turgieniewa, we własnych scenariuszach ) jako dyrektor, reżyser, adaptator… Jako Hanuszkiewicz. Pochodził ze Lwowa . W sercu, lwowiakiem pozostał chyba też do końca. Jego młodość przypadła na najgorszy czas. Utracić przyszło wszystko. Miasto, środowisko, normalną młodość . Wojna i czas powojenny uniemożliwiły normalny tryb dorastania i kształcenia się. Bazując , na tym co się udało dotąd zdobyć, trzeba było wcześnie dorośleć . Brać się twardo do życia. Nie miał szansy na regularne studiowanie, systematyczne budowanie bazy intelektualno kulturowej. Toteż pracował , by tak rzec , wiedziony głownie siłą talentu. - Intuicją, wyobraźnią , inwencją , wiarą i entuzjazmem więcej ,niż dogłębnym intelektualnym wyważeniem racji . Niż budowaniem spekulowanych aluzji i podtekstów. Ale co lepsze ? Jestem w tej opinii najszczerszy- nie wiem…Nie przesądzam jaka droga jest lepsza, w osiągnięciu końcowego efektu w teatrze. - W jakości przeżycia , sile wzruszenia widza ? Wysoko mierzył i odnosił sukcesy. Te spektakle ( także i jego role ) zostaną na trwałe w dorobku Teatru Polskiego drugiej połowy ubiegłego stulecia. Hamlet, Mizantrop, Balladyna, Nieboska Komedia… Emancypantki, Pan Tadeusz w telewizji…Jako dyrektor spisał się chlubnie .Objął Teatr Narodowy w krytycznym momencie, po dymisji Dejmka, po słynnej inscenizacji Dziadów. Stworzył swój „Teatr Hanuszkiewicza” . Nastał tam wtedy okres niezwykle popularnych jego spektakli. Jak się okazało , znakomicie poprowadził młodych aktorów, przyszłe wybitności , gwiazdy aktorstwa polskiego… - Olbrychski, Chodakowska, Dykiel, Nardelli… ( Ów młodziutki porywający Kordian ! Kto go jeszcze pamięta? Gdyby nie tragiczna, przedwczesna śmierć, kim byłby dziś ? ) Z jaką satysfakcją obejrzałem , jako „ pośmiertne wspomnienie” w poniedziałkowym Teatrze Telewizji (której to sceny Hanuszkiewicz był twórcą ) jego spektakl „Apollo z Bellac” Jana Giraudoux. W ogóle to pierwsza rejestracja Teatru TV w Polsce , rok 1958. Patrzyłem z podziwem i ze wzruszeniem. Nie tylko na minionych wspaniałych aktorów ( Woszczerowicz, Jędrusik ) ale i dla kunsztu , poziomu całości. Do żony oglądającej ze mną ten historyczny spektakl , odezwałem sie w zadumie : - ale kto to dziś kupuje ? Sam sobie odpowiedziałem : no może 2 procent obecnego społeczeństwa ? A wtedy ?... zastanowiła sie głośno żona - jak myślisz ? Wtedy to może 20 procent ? Odrzekłem. I to jest ta różnica ! To stanowi obraz zmian jakie zaszły. Przypomniało mi się przecież też - w początkach lat siedemdziesiątych napisałem muzykę do telewizyjnego filmu realizowanego przez Hanuszkiewicza. O Andrzeju Bursie. W znacznym stopniu moje piosenki Bursowe, to jego, Hanuszkiewicza zasługa. W ogóle wiele wspaniałej muzyki powstało z jego inspiracji, do spektakli i widowisk przez niego realizowanych. To on zaprosił do współpracy Andrzeja Kurylewicza, Czesława Niemena. Mam w oczach spektakl jeszcze inny, właściwie prywatny. Odegrany przez pana Adama , kiedy się okazało , że w związku z ową robotą bursową ,możemy się spotkać i rozmawiać ( organizacyjnie tak się składało ) akurat w określonym momencie i u Nich w domu. ( Wtedy z Zofią Kucówną ) W dodatku , nie rezygnując z oglądania jakiegoś nie do pominięcia (!) super meczu piłkarskiego reprezentacji Polski. Tak, to był teatr ! To trzeba było widzieć ! Porywająca kreacja w teatrze jednego aktora , której odbiorcą była tylko jednoosobowa widownia, czyli ja. Powinienem to opisać. Panie Adamie, dzięki za blaski i za barwy Pana. - W teatrze, w telewizji, w filmie…w życiu. Zostawił Pan walor i ton odrębny, trwały. Ileś tysięcy osób na widowni i miliony przed telewizorami , pamiętają. I będą pamiętać jeszcze trochę dłużej. Potem ?.. Za Calderonem , a i z pewnością sam z siebie , pan to wie : Życie jest snem… Ale projekcja nie ustaje. Ktoś nieustannie ją reżyseruje ? Dzięki za Pana okres, za ten Pana odcinek… |
- Elwiro, kto Cie przypomni ?
- W Nowym Jorku i w Nałęczowie…
- Listopady Wyspiańskiego
- Wracam, jestem !
- Po koncercie
- Pies się przydaje !
- Przed koncertem
- Drobiazgi z podróży
- Nad Dniestrem
- Na Cyprze Jaś nie do czekał
- Nawet i za Chiny...
- Czego oczy nie widziały...
- Żegnając maj...
- Zaszumiało nad Mozelą...
- POŻEGNANIE „STAREJ PROWINCJI”…
- Kowal, koń, żaba, Szczuka...
- Czego świat nie wie o Annie N.
- Na zamku w Dębnie, czyli zakorzeniam się...
- Herbert przed Pałacem i w Pałacu…
- Wiosna w Gościeradzu
- Po roku…
- Reorientacja na szpaltach
- Wredota
- OJ GRACZYKU !
- Będę podżegać !
- Świat w poniedziałek
- Taka to pora...
- Dwieście niedziel...
- Dwie książki, czyli o Dzielskich
- Przeciw smutkom
- Przyjemności niedzieli
- Pytania nie do uniknięcia
- Pierwsza pomarańcza
- Wstronę nieskończoności
- Prezent z przecieków
- Żegnając Lecha Przybylskiego
- DUSZE POETÓW , czyli wspomnienie Krzysztofa L.
- Ułańszczyzna, polszczyzna...
- Tak naprawdę...
- Zaświatowo
- W tej sytuacji
- Rezonanse szopenowskie...
- Na gałęzi w stawie
- Niezłomnym w słowie
- Zawstydzający dług
- Gdyby żył...
- W stronę niebieskiej hortensji...
- Marzyłoby się...
- No i spokój...
- W Poniedziałek...
